Wróciliśmy do mieszkania, tylko my. Nasza trójka, szczęśliwi, ja w poszarpanych ubraniach w uścisku dwóch najbliższych mi osób. Pomogli mi usiąść na kanapie i przynieśli lód na moją obolałą stopę. Noga puchła i robiła się lekko fioletowa. Wiedziałam jak się nią zająć więc nie panikowałam. Podniosłam się do siadu i rozdarłam koszulę, kilka guzików posypało się po sofie, a ja w końcu mogłam oddychać. Związałam włosy w niechlujnego koka w momencie w którym dwie pary oczu zaczęły mi się przyglądać. W prawdzie prawie nie miałam na sobie ubrania, a oni byli facetami, ale to chyba jeszcze nie powód by tak obsesyjnie się w kogoś wgapiać. -Co jest? -Pilnujemy cię. - odpowiedzieli chórem i obaj podparli głowę ręką. Okej.. to się robiło dziwne. Przewróciłam oczami, a Zayn się roześmiał. -Jest tu dopiero od 15 min, zdążyła przewrócić trzy razy oczami, prychnąć, za każdym razem użyć sarkazmu i wkurzyć mnie tym wszystkim. Jak ona to robi? - dopiero teraz napięcie zniknęło z jego twarzy, uśmiechał się a w tym robiły to też jego oczy. Z rozbawieniem rozsiadł się na kanapie i szturchnął Horana. Po raz kolejny zrobiłam młynek oczami i przybrałam groźną minę. Byłam w mieszkaniu z którego mnie porwano, ktoś mnie śledził, to nie jest normalne by tak po prostu siedzieć w tym samym miejscu kilka tygodni później. -Musimy się stąd wynosić. Tak jak pisałam ktoś mnie śledził, myślę, że zgubiłam go. Nie jestem tego w stu procentach pewna, ale... mam taką nadzieję. - Dobra, masz jakiś plan? - W zasadzie to... mam. Trzeba to wszystko spalić. - W sumie dobry pomysł... Czekaj, co? Zwariowałaś? - Malik ożywił się momentalnie - Chcesz zniszczyć wszystko to, na co pracowaliśmy tyle lat? To, co stworzył twój ojciec? Na te słowa lekko się wzdrygnęłam, ale nie dałam po sobie tego poznać. - Nie mamy innego wyjścia. Dobrze o tym wiesz. - mówiłam, wiążąc supeł przy nodze, która z każdą chwilą stawała się większa. - Rachel ma racje. Spójrz, jeśli wyjedziemy i zostawimy to wszystko, mają nas w garści. Dobrze wiesz ile informacji tutaj się znajduje. Imiona, nazwiska, numery kont, a przede wszystkim... dane naszych rodziców. Chcesz żeby coś się im stało?
Zauważyłam, że na słowo rodzice Zayn zamknął oczy. Nie wiedziałam, co między nimi zaszło i dlaczego Zayn nie utrzymuje z nimi kontaktów, ale w zasadzie... nie chciałam go o to pytać. Tak samo, jak nie chciałam, że ktoś pytał o to samo mnie. Wiedziałam, że zanim się stąd zmyjemy, musimy wysadzić to wszystko w powietrze. Ryzykowne, ale skuteczne. - Dobra, to jak to robimy? - spytał Malik, pomagając mi przy mojej nodze.
- Po pierwsze, trzeba zebrać najważniejsze informacje i zgrać je na jeden plik. Trzeba go dobrze ukryć, znam kolesia, który umie wmontować takie rzeczy w telefon, naszyjnik, pasek od spodni, cokolwiek chcesz. Trzeba się z nim skontaktować, mogę się tym zająć. Przede wszystkim potrzebna nam bomba. Macie coś w zanadrzu? - Myślę, że coś się znajdzie. - chłopcy wymienili jednoznaczne spojrzenia. - Dobra ja idę zrobić coś do jedzenia. Kiwnęłam głową i już chciałam wstać i iść do sypialni Zayna znaleźć coś do założenia na siebie, ale poczułam, że ktoś łapie mnie za rękę i przyciągnął mnie do siebie. - Nigdy. W całym moim życiu nie bałem się tak bardzo o Ciebie. Jak sobie pomyślę, że oni mogli... Błagam, powiedz mi, że nie... - Cii - przytuliłam Zayna do mojej piersi i włożyłam rękę w jego włosy, aby się rozluźnił. Zamknęłam oczy. Szarpała tak mocno, że dostała kilkanaście ciosów wymierzonych pasem, odbiła się nawet klamra na jednym z jej pośladków. Dotykana była wszędzie, aż nie zrobiło się jej niedobrze i nie zwymiotowała, potem długo jeszcze próbowała wyrzucić ze swojego ciała pokarm, którego tam nie było. Aż wreszcie mężczyzna wdarł się do jej środka i poruszał szybko, ostro i niekontrolowanie sprawiając sobie przyjemność. Może i nawet by jej się to podobało, gdyby nie to, że jej całe jestestwo krzyczało, a dusza wiła się w agonii. Bolało tak jakby ktoś palił ją na stosie. Wszystko zaszło mgłą, a ona całą noc spędzoną z tą bestią doprowadzająca siebie do wielokrotnego spełnienia wyobrażała sobie twarz Zayna Malika. Teraz mogłam patrzeć na niego godzinami. - Powiedz, proszę powiedz to. Nigdy... prawie nigdy nie widziałam go w takim stanie. Był roztrzęsiony i zagubiony.
- Nie, nic mi nie zrobili. Broniłam się. - zacisnęłam usta.
- Tak strasznie mi ulżyło. Modliłem się, żeby to się nie wydarzyło. Tak strasznie się o Ciebie bałem.
Wiedziałam, ze powinnam powiedzieć mu prawdę. Wiedziałam też, to nie skoczyłoby się dobrze. Zayn wpadłby w furię. Przytuliłam go mocniej obiecując sobie, że nikt nigdy nie dowie się o tym, co działo się w tej celi. To będzie moja tajemnica. Mój sekret.
- Dobra gołąbeczki, obiad gotowy! - nagle do salonu wparował szczęśliwy jak nigdy dotąd Niall.
Uśmiechnęłam się do Zayna jak gdyby nic, złapałam go za rękę i udaliśmy się do kuchni. Faktycznie, wszystko było gotowe. Na stole czekał na nas makaron, sos i szampan. Spojrzałam pytająco na blondyna.
- Stwierdziłem, że trzeba uczcić to, że mamy cię w końcu tutaj z powrotem. Wiesz Rachel... Zayn wariował jak cię nie było. Dosłownie. Wydawało się, że będzie dupczył każdą poduszkę, rzecz jaka stanie mu na drodze. Pewnie jego pytonik dzisiaj ujrzy światło dzienne. - poruszył zabawnie brwiami. Malik w odwecie rzucił go makaronem.
- Stary, taka prawda! - Horan ściągał z siebie długie nitki makaronu do spaghetti.
W końcu poczułam, że jestem z tymi z ludźmi, z którymi powinnam być. Wszystko co złe, za niedługo się skończy. Będzie dobrze. Będę w końcu szczęśliwa.
______________________________________________
Podróż samochodem była szybsza niż autobusem mimo to, nie czułam się dobrze. Świadomość, że siedzę za kółkiem jednak dawała mi poczucie swobody. Kocham szybkość i wiatr we włosach. Szyby mimo lekkiego chłodu na dworze całkowicie opuściłam. Zadbałam też o odpowiednią muzykę, napędzającą moje działania.
W Menchesterze byłam na godzinę 22 i od momentu przekroczenia granicy poczułam się inaczej. Fakt, że nikt mnie nie śledził przez całą drogę był jak lizak dla dziecka pragnącego słodyczy i w ogóle nie równa się z uczuciem gdy dotarłam na miejsce. Mimo, że nie jest to mój rodzinny dom to w głowie zaświtała mi absurdalna myśl.
Dom twój tam gdzie rodzina twoja. A teraz moją rodziną był Niall, Zayn i reszta zbuntowanych, niegrzecznych chłopców niosących za sobą ból, tęsknotę, żal i morze trupów. Nic jednak na to nie poradzę, jestem teraz częścią tej potworniej mieszanki. Nie przez tatę, z własnego wyboru.
Myślę, że on wiedział. Wiedział, że jestem jak on i choć nieświadomie podążę jego drogą, nawet jeśli przez pewien czas będę mieć pretensje do niego, to nic nie zmieni, bo to ja i mój temperament tego chcą.
Charakteryzacja nie była trudna, więc gdy tylko podjechałam pod supermarket bardziej poszarpałam swoje ubrania i rozmazałam trochę sztucznej krwi na ranach utworzonych wcześniej.
Porzuciłam samochód, elegancko go zamykając, za kilka lat, gdy nikt się po niego nie zgłosi, stanie się antykiem. Może lub nie wrócę po niego, bo ma historie ale raczej tak się nie stanie.
Zabrałam ze sobą moje rzeczy, nie ma ich dużo, zwykły plecak z rzeczami kupionymi kilka dni wcześniej w sklepie, który i tak muszę porzucić gdzieś obok mieszkania.
Nie mogłam tak po prostu wrócić i zapukać do drzwi więc zdecydowałam, że podłożę się chłopakom.
Zayn miał znaleźć przy pomocy Liama fałszywy trop i mieli go sprawdzić. Dostałam wiadomość, że wyjeżdżają z mieszkania więc ukryłam bagaż w parku w zaroślach i kilka razy w szybkim tempie okrążyłam skwer. Chciałam nadać swojemu oddechowi szybkiego tępa, mimo, że za chwilę i tak przemierzę kilka przecznic.
Gdy wiedziałam, że zdążę na czas zaczęłam szybki marsz zmieniając go w trucht a potem w bieg, ręce trzęsły mi się z podniecenia i adrenaliny a także z stanu, w który wprowadziłam swoje ciało.
Dodałam do tego oszalały wzrok i poburzone włosy i śmiało można by pokusić się o stwierdzenie, że uciekłam ze szpitala psychiatrycznego.
Gdy dotarłam do końca drogi, nie zawahałam się, wybiegłam na ulicę słysząc pisk. Obiłam się o maskę auta. Dobrze znałam ten samochód. Mimo wielkiej chęci zatrzymania się omiotłam go tylko spojrzeniem i pobiegłam dalej. Schowałam się za rogiem i zwinęłam w kłębek. Po chwili usłyszałam kroki.
- O mój boże Rachel. - Niall pochwycił mnie w ramiona. Wtulił twarz w moje włosy i cicho wyszeptał, że jestem niesamowita. Uśmiechnęłam się lekko, na krótko by po chwili go odepchnąć i odegrać rolę do końca.
-Nie dotykaj. - warknęłam, posyłając mu zirytowane spojrzenie. - Nie podchodźcie! - krzyczałam zanurzając dłonie we włosach. Moja postawa była pochylona, trzymałam się za bok, prawdopodobnie miałam uszkodzone żebro no i dalej bolała mnie zaklinowana noga.
Nie dałam się dotknąć nikomu przez 15 min dopóki Niall jednym zdecydowanym ruchem przytrzymał moje ręce. Wyrywałam się, ale byłam już zmęczona. Pozwoliłam się wprowadzić do pojazdu. Usiadłam z tyłu. Wraz ze mną był tylko Horan. Louis i Liam od razu mieli wyruszyć w drogę, więc czekali na samochód.
Mimo to chciałam tylko jednego. Zayn przybiegł tak szybko jak tylko się uspokoiłam. Był już w Land Roverze i teraz spoglądał na mnie niepewnie.
Tyle czasu marzyłam o jego ciepłych tęczówkach, zawadiackim uśmiechu i ustach, ciepłych i miękkich, o jego dużych dłoniach trzymających mnie ciasno przy sobie więc nawet nie zorientowałam się kiedy to się działo.
Dopadł do mnie i docisnął mnie do siedzenia przez co syknęłam. Zatopiłam palce w jego miękkich puklach i zaczęłam namiętnie całować. Całą sobą.
Widziałam jak blondyn z przodu przewraca oczami i cicho się śmieje pod nosem więc kopnęłam jego siedzenie nie przerywając pocałunku. Jego głowa uderzyła w sufit ale to go nie powstrzymało.
Prychnęłam pod nosem a Zayn uśmiechnął się poprzez pocałunek, uwielbiam te jego małe rzeczy przez które nie wie ale jest bardzo uroczy.
Od kiedy stałam się taka ckliwa?
Przyparłam go bardziej do fotela i usiadłam na nim okrakiem.
- Znajdzie sobie pokój.
-Zamknij się Horan. - jakim cudem w tym samym czasie to wyszło z naszych ust? To przerażające.
- Nie zapominajcie, że jestem tym który was kryje i wam kibicuje. To było dobre. No wiecie jak darmowe porno mimo, że mam też na myśli twoje przedstawienie.
Zaczęłam się śmiać i z uznaniem pokiwałam głową. Zdecydowanie mi tego brakowało, więc gdy miałam okazje śmiałam się i żartowałam.
Byle by tylko odreagować i zapomnieć, przestać rozmawiać o trudnych sprawach jak ja i Zayn oraz Harry.
Dobrze myślicie, cholernie piekielny trójkąt.
______________________________________________________________________________
Krótko, ale chciałam coś napisać.
Nie mogłyśmy się z Talą dogadać co do rozdziału więc wkońcu go napisałam.
Zaraz po usłyszeniu wystrzału zatrzymałam się, bałam się odwracać, by nie ujrzeć przyjaznego staruszka w kałuży krwi, więc poderwałam się do biegu. Miałam jedynie nadzieję, że nie stało się nic poważnego, jednak świadomość, że mam tak dobrego człowieka na sumieniu przyprawia mnie o dreszcze.
Stawiałam potężne kroki dopóki nie dotarłam do wejścia na stację, wysiadłam kilka przystanków wcześniej, ale po przejściu na drugą stronę ulicy ujrzałam zajezdnię autobusową.
Po sprawdzeniu rozkładu stwierdziłam, że za 30 min, będę mogła wsiąść do pojazdu i bez żadnych przystanków dojechać do Manchesteru.
Powłócząc nogami dotarłam do ławki i na niej usiadłam, byłam zmęczona, a moje zniszczone plecy bolały. Miałam nadzieję, że żadna z ran nie otworzyła się ponownie i nie zacznie krwawić.
Nie chciałam wyjść na jakąś wariatkę, w końcu mam nie zwracać na siebie uwagi. Westchnęłam i otarłam czoło, oczy same mi się zamykały ale starałam się nie zasnąć.
W końcu wsiadłam do busa, gdzie mogłam oprzeć głowę o szybę i w miarę wyciągnąć nogi. Plecak, który miałam ze sobą położyłam na siedzeniu obok, jako znak by nikt koło mnie nie zajął miejsca. Dzięki temu zagwarantowałam sobie chwilę spokoju.
Ciemność. Ogłuszająca cisza i pojedynczy słup światła prowadzący do metalowych drzwi. Idę w ich kierunku i znajduję się w sali laboratoryjnej. Nie jestem w niej sama, o stół opiera się chłopak z kruczoczarnymi włosami, które przeczesuję agresywnie. Kiedy słyszy, że podchodzę do niego, odwraca się z wypisanym bólem na twarzy i tym samym odsłania to co zakrywał. Na osuniętej dużej szufladzie znajduje się ciało mojego ojca. Jest siny, ale na jego twarzy widnieje uśmiech. Zamieram, bo zdaję sobie sprawę, że jestem w kostnicy. Dreszcze wstrząsają moim ciałem, a łzy spływają po policzku kiedy odpycham od siebie Zayna. W jednym momencie z przystojnego mężczyzny stał się potworem. Mam ochotę zwymiotować, gdy widzę wzrok wyrażający skruchę, ale gdy dostrzegam zakrwawiony nóż w jego dłoni, widzę tylko szkarłatne litery układające się w napis ''zabójca''.
Wstaję gwałtownie przez co uderzam głową w siedzenie przed sobą. Widzę zaciekawione spojrzenie dziewczyny siedzącej po mojej lewej, ale ignoruję je i masuję czoło. Zapewne utworzy się na nim mały siniak, ale to akurat mnie cieszy, będę wyglądać jeszcze bardziej wiarygodnie niż mam zamiar.
-Krzyczałaś. - stwierdza, zupełnie nie proszona. Prycham, bo już mam dość rozmowy z nią, mimo, że jeszcze jej nie odpowiedziałam. Nie mam na to ochoty. Wzruszam ramionami, ale ona nie przestaje.
-Twój telefon dzwonił. - jest bardzo ciekawa, a ja wiem, że jeszcze trochę i to może ją zgubić. Krzywię się, bo niewygodna pozycja dała o sobie znać, przeklinam transport miejski w momencie wyciągnięcia komórki.
Na ekranie widnieje sms od Zayna, mimo, że zmieniłam kartę zaraz po wyjściu z domu. Nie wiem jak mnie namierzył, ale jeśli to zrobił, to coś ważnego i musiał poprosić o to Nialla.
Zerkam na treść krótkiej wiadomości: wszystko ok?
Kiwam głową, ale karcę się, bo on nie może tego zobaczyć. Tak, nie, nie wiem. Ktoś chyba mnie śledził. Zgubiłam ich.
Wystukuję pośpiesznie i kasuję wszystko. Przez kolejne 20 min siedzę tępo patrząc się w przestrzeń.
- Nie chcę być wścibska, ale wydajesz się być zagubiona. Wszystko gra? - wszystko będzie dobrze, jak przestaniesz mówić.
- Tak, zajmij się sobą okej? - pytam, ale nie czekam odpowiedzi. Pociągam dziewczynę w swoją stronę. Autobus uderza w przydrożne drzewo wgniatając blachę w miejsce, gdzie irytująca dziewczynka pojękiwała minutę temu. Pod wpływem uderzenia tłukę mocno rękę. Moje nogi są przygniecione, ale mogę nimi ruszać. Blondynka, którą uratowałam patrzy szeroko otwartymi oczami na mnie, ale to nie jest teraz ważne.
-Wszystko..?- przytakuję szybko, więc wygrzebuję plecak i rozglądam się po ludziach. Ktoś płacze i przyciska dziecko do piersi, ktoś leży nieprzytomny. Wybijam szybę i przeciskam się przez okno raniąc nogę. Krew zaczyna wypływać z rozcięcia, ale idę dalej. Uciekam zanim tłum gapiów wpadnie na pomysł zadzwonienia po gliny. Ostatnie co widzę, to kierowca, który ma kulkę wpakowaną prosto w pierś.
Wpadam w panikę. Dobywam noża z plecaka i podbiegam do kierowcy, który zatrzymał się i teraz kieruje się na miejsce wypadku. Od tyłu łapię go za szyję i przykładam ostrze do pleców.
-Kluczyki. - syczę, a on posłusznie wykonuje moje polecenie. Biegnę do samochodu zanim może dostrzec moją twarz. Jadę szybko przez kolejne 40 min, dopiero potem zajeżdżam na stację benzynową i wysyłam krótką informacje do chłopaków.
Wiedzą, gdzie jestem. Właśnie zabili kierowcę autobusu i spowodowali wypadek na 50 ofiar. To się dzieje, gra się rozpoczęła. Będę za 3 godziny.
Zgniatam butem komórkę. Wyłączam kamerę, a z auta obok odkręcam rejestrację i wymieniam ze swoją.
Wracam. Nic mnie nie powstrzyma.
Myślę i mam przed oczami twarz Mike'a.
Wiedziałam, że nie mogę dłużej zostać u Luka. Wiedziałam też, że nie mogę tam wrócić. Dzięki niemu zauważyłam, że jednak są dobrzy ludzie na tym świecie, jakieś cząstki, dla których nie liczy się tylko kasa. Z plecakiem na plecach podążam w stronę metra. Jest późno, nawet nie zauważyłam, kiedy zrobiło się tak ciemno i ponuro. Powietrze jest gęste, otulone mgłą, która nadaje temu wszystkiemu odrobinę tajemniczości. Poprawiam szlufkę mojego plecaka, który jest ze mną od początku tego całego syfu. Po chwili czuję lekką wibrację w moim telefonie. Wyciągam go i odbieram. Słyszę głos Luka.
- Rachel, gdzie ty jesteś?
- Słuchaj, wiem, że nie powinnam tak znikać, ale... nie mogę dłużej u Ciebie zostać. Dziękuję za to, że mi pomogłeś. Dziękuję, że nie sprzedałeś mnie policji, chociaż miałeś do tego pełne prawo. Może... może nawet powinieneś to zrobić, ale nie zrobiłeś. Takich ludzi jak ty bardzo sobie cenię, wiesz?
- Co teraz z Tobą będzie? Gdzie pójdziesz? Nie masz ani domu, ani pieniędzy.
Zaśmiałam się do słuchawki, no tak, przecież on nic o mnie nie wie.
- Luke, dużo rzeczy o mnie jeszcze nie wiesz. Nie jestem tą osobą, za którą się podaję. Teraz jestem na takim etapie życia, że nie wiem co dalej będzie. Muszę zrobić coś złego, bardzo, ale to bardzo złego. Nie chce Cię w to mieszać. Jesteś za dobrym człowiekiem. Nie chcę Cię psuć, bo wystarczy, że sama jestem zepsuta.
- Co ty pieprzysz! Nie możesz tak odejść, przecież nawet nie wyzdrowiałaś do końca!
Boże, jaki on jest dziecinny... Przewróciłam oczami na jego słowa.
- Czasami trzeba podjąć ryzyko, rozumiesz? Ja znikam, nie ma mnie, nie istnieję. Zapomnij, że mnie znalazłeś, że zatrzymałam się u Ciebie. Tak będzie lepiej. Dziękuję jeszcze raz za wszystko.
- Ale..
- Żegnaj Lukey.
Rozłączyłam się i po raz kolejny tego dnia, wymieniłam kartęe, uprzednią łamiąc i wyrzucając do kosza. Nie jestem w stanie zliczyć, ile już kart przewinęło się przez moje ręce. Miałam trzy dni na dostanie się do Menchesteru, ale to mi wystarczyło.
Nie mogę się doczekać spotkania z Zaynem. Jest moim uzależnieniem. Nie wiem kiedy to się stało, ale mogę śmiało przyznać, że jest teraz najważniejszą osobą w moim życiu. Może dlatego, że inne osoby to twoi wrogowie idiotko? Niall... za tym chłopakiem też tęsknię. Szanuję go ogromnie za to, że zdecydował się nam pomóc. Jest dla mnie jak brat, którego nigdy nie miałam. Jako małe dziecko, zawsze chciałam mieć starsze rodzeństwo, najlepiej właśnie brata, który miał mnie chronić przed światem, złem i potworami, które noc w noc opanowywały moją szafę. Tata był dla mnie wszystkim w jednej osobie. Był moim nauczycielem,matką, ochroniarzem, ojcem... Teraz rozumiałam, dlaczego zawsze kładł nacisk na moją sprawność fizyczną i zdolność do samoobrony. Wiedział, że kiedyś to bardzo mi się przyda. Kiedy stałam wpatrzona w niebo, zorientowałam się, że czas przyjazdu metra jest bliski, więc szybkim krokiem zeszłam do stacji metra. Nie było tam nikogo. Po ziemi walały się kawałki starych wydań gazet i innych śmieci. Czułam wyraźny zapach stęchlizny. Po chwili nogi zaczęły mi drżeć, co oznaczało, że metro nadjeżdża. Upewniłam się, że pieniądze są na swoim miejscu i wsiadłam.
W metrze były może trzy osoby, ale kompletnie nie zainteresowane tym, kto wsiadł na tym przystanku. Skupione były na swoich książkach, gazetach czy telefonie. Odpowiadało mi to. Im mniej osób zainteresowanych, tym lepiej. Wolałam pozostać w ukryciu, bo tak zawsze jest bezpieczniej. Zawsze jest to mniejsze zagrożenie. Teraz musiałam uważać podwójnie, bo wiedziałam, że zło czeka za rogiem. Ryzykowałam bardzo dużo, ale nie mogłam nic innego zrobić. Metrem miałam jechać jakieś 20 minut, do najbardziej odległej części miasta. Pewnie zdziwicie się, że jeździ tam metro, ale cóż... wiele osób z tamtych terenów pracuje w mieście i to po najniżej krajowej. Można więc powiedzieć, że jest to jedyny środek transportu odwożący ich do pracy. Postanowiłam sobie usiąść, nie męczyć się wtedy, kiedy nie trzeba. Po chwili przysiadł się do mnie staruszek, około 60 z uśmiechem na twarzy.
- Panienka to się nie boi tak jeździć sama o tej porze? - spytał
- Nie boje się - odpowiedziałam obojętnie.
- Eh, Ci młodzi to teraz tylko narkotyki, alkohol papierosy i Bóg wie co jeszcze.
Zaśmiałam się pod nosem. Nie chciałam być nie miła, ale dziadziuś nie wyglądał na takiego, co ma na ten temat jakieś pojęcie.
- Wie pan, to zależy od człowieka.
- Panienka wygląda na taką, co nie wie gdzie się w życiu podziać. Nieszczęśliwe zakochana? Ależ przeciwnie!
- Nie, nie jestem zakochana. Przepraszam, ale się spiesz...
Nie zdążyłam dokończyć, bo na stacji do metra wsiadło dwóch kolesi. Bardzo podejrzanych kolesi. Odruchowo złapałam za gazetkę dziadka i zakryłam nią twarz.
- Panienka się czegoś boi?
- Widzi pan tamtych dwóch, którzy wsiedli na tej stacji?
- Tych przerosłych gogusiów w skórzanych kurtkach? A no są, siedzą sobie 3 miejsca przed nami.
- Cholera
Mężczyzna skarcił mnie wzrokiem.
- Dobrze, zrobimy tak. Panienka mi poda moją laskę, o tam leży, na przeciwko!- wskazał ręką na drewnianą laskę z wygrawerowanym imieniem- Ben
- Co pan chce zrobić?
- Pomogę Ci, wy młodzi myślicie, że to dziadki się już do niczego nie nadają! Słuchaj, ja ich zagadam, a ty na najbliższej stacji zwiejesz, rozumiemy się? - uśmiechnął się do mnie ciepło.
- Nie wiem jak mam Panu podziękować...
Mężczyzna wstał, machnął ręką, uśmiechnął się ostatni raz i udał się w stronę tej dwójki. Bałam się o niego, bo wiem, jak agresywni mogą być. Musiałam jednak uciec, bo wiedziałam, że przeszłość coraz bardziej mnie ściga. Nie mogłam tam wrócić... Po prostu nie mogłam. Poczułam, że zaczynam się cała trząść. Nie wrócisz tam do cholery jasnej, uspokój się, słyszysz? Karciłam sama siebie w myślach. Spojrzałam w stronę Bena, który siedział już przy dwójce nieznajomych, próbując ich zagadać. Puścił mi oczko i przystąpił do akcji. Metro w tym czasie zatrzymało się, a mnie w środku już nie było. Po chwili usłyszałam strzał. Zatrzymałam się i zatkałam dłonią usta.
Czułem, że moje serce na chwilę przystało, aby móc znowu bić swoim własnym tempem. Nie wiedziałem, czy mój mózg dobrze zarejestrował słowa, które wypowiedziała Rachel. Patrzyłem w telefon, ale nie wiedziałem co mam odpowiedzieć, to samo Niall. Patrzył na mnie przerażonym wzrokiem, mimo że widziałem te jego guwniane ogniki w oczach i determinację.
- Co? - tyle zdołałem z siebie wykrztusić.
- To co słyszałeś, muszę go zabić i w końcu to wszystko zakończyć. Za długo to trwa, Zayn. Zdecydowanie za długo.
- Ty chyba nie mówisz poważnie...?
- Mówię to jak najbardziej poważnie. Sami zobaczcie co on z wami zrobił. Co zrobił z moim życiem. Jestem doskonałym przykładem na to, jak łatwo zniszczyć wszystko co kochasz w ciągu sekundy. Tak jak mówiłam albo mi pomożecie, albo załatwię to na własną rękę.
- Ty nie wiesz w co się pakujesz, Rachel. - odezwał się blondyn.
- Nie mam wyboru, zrozumcie. Daje wam tydzień do namysłu. Sprawa jest prosta...
- Nie jest prosta, Rachel. Jeżeli się nie zgodzimy, nasze drogi się rozejdą, tak?
Dobrze wiedziała o czym mówię. Nikt poza nami nie znał tak na prawdę znaczenia tych słów, które w tym momencie odgrywały tak bardzo znaczącą rolę.
- Słuchaj... - westchnęła- to zależy tylko od Ciebie...
Świetnie. Musiałem wybierać, chociaż zdawałem sobie sprawę, że gdybym tylko mógł od razu rzuciłbym to wszystko w cholerę i pojechał do niej od razu. No właśnie, gdybym mógł. Nie mogłem zostawić chłopców, bo czułem się w jakiś sposób za nich odpowiedzialny. Zawsze to ja podejmowałem kluczowe decyzje, chociaż nigdy nie nazwałem siebie szefem.
-To zobaczenia za tydzień. Przyjeżdżasz do nas, a potem działamy na moich zasadach. - mimo wątpliwości zasisnąłem szczękę i zdecydowałem się na coś co mogło być katastroficzne w skutkach.
-Twoich warunkach? - prychnęła. Wiem, że jest teraz wściekła, ale nie porzucę swoich racji od tak, muszę wiedzieć co kombinuje, czym się kieruje i czy ma plan awaryjny. Harry to skurwysyn ale jest tym, którego znam prawie od początku, zawsze był władczy i zbuntowany, mimo to nie przeszkadzało mi to tak bardzo bo sam taki byłem, później zacząłem dostrzegać jak bardzo to wszystko było szkodliwe. Nie było dnia, żeby nie oberwał od Mike'a, bo coś zawalił, albo nie zastosował się do poleceń, do każdego planu dokładał coś swojego, dbał żeby nie było nudy i żeby każdy go podziwiał, aż zaczął walczyć. Nie z nami czy z samym sobą, ale z ojcem Rachel, kłócił się i zamykał z nim w gabinecie do którego włamała się Todd, myślałem że coś tam znajde, jednak myliłem się. Chciałem odpowiedzi, bo nie wiem dlaczego ale Styles ukarał za coś Mike, może chciał po prostu własy.. Jednak cholera ta dziewczyna była dla mnie ważna i byłem między młotem a kowadłem.
-Nie dyskutuj, obmyśl plan i wracaj do nas, jeśli coś pójdzie nie tak, zrobisz co będziesz musiała. Ja i Niall ci ufamy, ty też nam zaufaj. - rozłączyłem się i rzuciłem telefonem o ziemię. Nie byłem pewien niczego. Wrzasnąłem z frustracji, to już prawie miesiąc gdy zwodze Harrego, trzyma mi nóż na gardle, niemal w dosłownym tego słowa znaczeniu kurwa! Klnąłem na wszystko i wszystkich. Musze zadzwonić do Stylesa i mu wszytsko wyjaśnić, narazie nasza przykrywka to taka, że mamy tutaj trochę kłopotów z tym gościem, co się napatoszył. W gruncie rzeczy to prawda, gość narobił nam wszystkim tylu problemów. Musiałem w akcje wtajemniczyć Liama i Louisa, mimo to żaden z nich nie wie, że kontaktujemy się z Rachel. Jest coś co nie pozwala mi im zaufać w tej kwestii, więc zleciłem im jej poszukiwanie, wiem że jedyne co robie w tym momencie to tracę nasz cenny czas, ale to jedyne wyjście narazie.
Przestałem kopać rozwalone krzesło w momencie, gdy poczułem ciepłą dłoń na ramieniu.
-Tydzień.. wytrzymaj tydzień, potem wam pomogę. - powiedział z determinacją w oczach.
-Co? -nie wierzyłem w to co słyszę, Niall chce nam pomagać? Do cholery przecież to się nie uda.. ja nawet nie wiem co czuje do tej dziewczyny, wszytsko w moim umyśle jest tak ciemne, niejasne i zagmatwane. Potrzebuję pomocy.
- To co słyszysz, pomożesz tej złamanej dziewczynie, bo to jedyne czego pragnę, choćbym miał zginąc, kocham ją jak siostrę, którą straciłem. Teraz mam wybór i nie pozwolę jej skrzywdzić, zadbaj o to. Potem możesz ją zostawić, zrobić cokolwiek.
-Niall.. jak ty? - nie umiałem dobrać słów.
-Chodź, musimy obgadać wszystko.
Potem rozmawialiśmy długo, zamknięci w moim domu na cztery spusty, ciężko mi było tutaj wrocić, zwłaszcza, że byłem tu ostatni raz z nią. Potłuczone szkło nadal gdzieniedzie leżało na ziemi w kuchni. Tak bardzo pragnę wrócić do tych chwil. To było tak dawno..
Ostatecznie ustaliliśmy termin powrotu, miało to być za 5 dni w Menchesterze, miała przyjść do naszego mieszkania poszarpana i poplamiona krwią. Czekałem na ten moment jak dziecko na święta, bo byłem pewien że w tej roli będzie świetna i seksowna, a ja wkońcu ją zobacze. Plan był taki, że wraz z jej powrotem wracamy z powrotem w trasę, jedziemy do Harrego, a potem się zobaczy. Chcę wierzyć, że wyjdziemy z tego cało, ale boję się pomyśleć, że stracę kogoś na kim mi zależy, Niall jest pewny swego, a ja czuję, że jest mi jak brat, nie wybaczę sobie jeśli kogoś jeszcze zabraknie w moim życiu.
Rachel
To już tylko trzy dni, odliczam je jakbym czekała na ważne wydarzenie a w gruncie rzeczy musze wrócić i się ukorzyć. Z jednej strony chcę to zrobić, bo to może być ostatnie spotkanie moje z chłopakami. Tak się z nimi zżyłam, że oddycham bo to by ich zobaczyć, wierzę że uda mi się zrobić to o czym marzę tak dawno. U Luke'a jest mi dobrze, mogę robić to na co mi się podoba w chwilach kiedy nie myślę o wszystkim innym, jak o sposobie zamordowania Stylesa, chcę zrobić to wolno, zadając niewyobrażalny, palący ból. Zdaję sobie sprawę, że w morderstwo rodziców zamieszanie jest więcej osób, ale wiem że głównym odpowiedzialnym jest on. Za każdym razem mam przed oczami jego lodowate, zielone oczy, zdradziecki uśmiech, a w uszach ten arogancki ton. I pomyśleć, że miałam go wtedy na wyciągnięcie ręki, byłam tak blisko. Wtedy nie wiedziałam nawet, że to ten który zadał mi tyle bólu, obserwował mnie, nie wiem tylko dlaczego nie wykończył mnie w tamtej chwili. Zadał sobie i chłopakom tyle trudu, żeby mnie porwać i więzić kiedy mógł to zakończyć już dawno temu i mieć spokój. Wiem, że dokonał tylu czynów po to żeby mieć władzę, nie mogę zrozumieć co nim kierowało.
Przecieram zaspane oczy i rozciągam się, moje kości szczelają, ale to dobre uczucie, przynajmniej wiem, że żyję. Ubieram na siebie czarne obcisłe rurki, białą dopasowaną bluzkę i skórę. Włosy przeczesuję tylko palcami, pośpiesznie wsuwając buty na stopy zostawiam wiadomość Lukowi, wiem, że muszę mu coś podarować w zamian za jego dobroć, jestem mu bardzo wdzięczna.
Wybiegam z budynku i decyduję iść na piechotę do pobliskiej kawiarni, muszę skorzystać z komputera i telefonu, a takie zachowanie anonimowości mi odpowiada. Odsuwam krzesło i hakuję komputer tak by przetwarzał dane, o które mi chodzi, po chwili jestem w systemie szpitala rejonowego, w którym znajduję się mała siostrzyczka Luka chora na białaczkę. Najpierw myślałam, że zdobędę dla niego pieniądze, ale po chwili doszłam do wniosku, że nie przyjął by ich, w dodaktu gdyby jakimś cudem się dowiedział skąd je mam, a nie były by z legalnego źródła.
Przeczesuję rejestry danych i już wiem, że mam kłopoty bo mnie wykryto, zanim jednak dzieje się coś nieporządanego, klikam w zdjęcie małej blondyneczki i daję ją na listę osób, ktore za mniej niż dwa tygodnie mogą spodziewać się przeszczepu. Przesyłam jeszcze trochę pieniędzy na jej konto w fundacji, gdyby operacja nie doszła do skutku i usuwam wszelkie ślady mojej obecności tutaj. Następnie chwytam za słuchawkę od telefonu i wykręcam numer.
Chcę usłyszeć głos Zayna, od paru dni, dzwonię do niego, a on wita mnie cichym kochanie nawet nie wiesz, co chciałbym teraz z tobą robić. Śmieję się, bo po kilku razach stało się to po prostu śmieszne, chichoczę cicho i wzdycham. To nie może tak dalej wyglądać, prędzej czy później ktoś to zauważy i zrobi się problem większy niż jest teraz. Potem przez kilka minut snuję opowieści o piaszczystej plaży, żartuję nawet o Zaynie w spodenkach kąpielowych i rękawkach (kiedyś opowiadał mi, że nie pływa zbyt dobrze i boi się wody). Następnie rozłączam się i długo myślę o naszej rozmowie.
Dziś jednak nie mam czasu na rozmyślanie, muszę załatwić jeszcze kilka spraw z moim powrotem, zabezpieczam się na przyszłość, gdybym miała uciekać. Wstepuję do sklepu z przyrządami wspinaczkowymi i kupuję kilka metrów liny, plecak, butłak na wodę i mały śpiwór.
Kolejny na mojej liście jest sklep z militarią, nie mam pozwolenia na broń, więc to pewnie utrudnienie, w tym mieście nie mam znajomych, więc skombinowanie broni jest dwa razy trudniejsze. Mam ochotę uciec jak najdalej, jednak zabieram tasak to mięsa, kilka harcerskich noży i siekierę. Mało, ale narazie musi wystarczyć.
Oprócz tego w plecaku mam gaz pieprzowy (smutne wspomnienie tego pierwszego, który kupił dla mnie tata), kilka paczek żywności pakowanej próżniowo, latarkę.
W podszewce kurtki mam zapas pieniędzy, które starczą mi na conajmniej trzy miesiące, to stosunkowo dużo, ale mam wrażenie, że mogłoby być ich jeszcze więcej. Nie to, żebym była rozpuszczona, wiem po prostu, że na koncie Mikea, jest dość okragła sumka, w dodatku moja zarobiona forsa z wyścigów czyni mnie prawdopodobnie najbogatszą zaginioną małoletnią obywatelką na całym świecie.
Duma mnie rozpiera na myśl, że radzę sobie już tak długo, jednak boleśnie mrużę oczy na wspomnienie, że za kilka dni może być po wszystkim.
Jestem przygotowana. Szkoda mi tylko Zayna, Nialla, El, Lou a nawet Liama, bo beze mnie jego życie będzie szare, nudne i udręczone. Wiem, że dzięki mnie ma co robić, raz nawet podsłuchałam jak wymyśla teksty, żeby mnie zagiąć.
To było tak śmieszne, że w tej chwili nawet poczułam do niego cień sympatii, mimo, że na drugi dzień dostałam od niego conajmniej dwa razy w twarz.
Każdy policzek czegoś uczy, moje na przykład dodają mi odwagi, więc z odwagą zmierzę się z Harrym Stylesem.
Harry Styles, młody chłopak, zabójca Mikea i Kate Smitch, tręczyciel i prześladowca Rachel Todd, domniemany dobry kumpel i człowiek udręczony przez płomienie z piekieł, które na niego czekają.
Ten właśnie tekst będzie widniał na jego nagrobku kiedy już z nim skończę. Przyrzekam.
________________________________________________________________________________
Hej misie, rozdział trochę później bo pisany na raty, ale chciałyśmy dodać coś dłuższego. Poza tym mamy dla was jeszcze małą niespodziankę, którą macie pod tą właśnie mini notatką.
Piszcie jak się wam podoba. Mam cichą nadzieję, że aktywność powróci do czasów świetności, ale narazie zadawalamy się tymi komentarzami, które są i liczbą wyświetleń (98) mimo, że bywała większa. Za wszystko dziękujemy! :*
Stałam na moście w miasteczku oddalonym od Londynu o jakieś 100 km i patrzyłam na spokojną taflę wody. Byłam na razie na etapie akceptowania swojego ciała na nowo i skupianiu się na wszystkim tylko nie na tym oblechu, który zostawił mi wyraźne pamiątki na plecach. Czerwone pręgi nie bolały już tak bardzo, goiły się, ale wciąż przypominały. Przez pierwsze kilka dni było naprawdę źle, ale teraz byłam gotowa wrócić do gry z dobrze obmyślonym planem i asem, który mam nadzieję pomoże mi wygrać tę nieustającą walkę. Chce już wszystko zakończyć, mieć pewność, że to co było mojego ojca jest w moim posiadaniu, a zemsta jest tak okrutna, że przewyższa śmierć rodziców o milion razy.Pragnę tego.
Wiatr owiewa moje ciało kiedy myślę, nas zadzwonieniem do Zayna, ale trochę boję się z nim teraz rozmawiać. Nie wiem jak zareagował na moje wyznanie,sama nawet nie do końca zarejestrowałam kiedy te słowa opósciły moje usta. Wiem tylko, że kiedy byłam przetrzymywana jedynym dla, którego chciałam się uwolnić był Zayn. Został mi tylko on i tak naprawdę dzięki temu doszłam do takich a nie innych wniosków. Wiem, że on nie bawi się w związki, sama byłam tylko w jednym, z chłopakiem, który zdradził mnie po pół roku, ale byłam wtedy jeszcze młoda i gówno wiedziałam o czymś co określało się byciem ze sobą. Pamiętam jak dziś mój powrót po omacku do domu, kiedy łzy zdobiły moją twarz, To było jakieś 3 lata temu. Nosiłam różowe sweterki i zaplatałam włosy, a w domu czekał na mnie tata z obiadem i ciepłym ramieniem, w które mogłam się wtulić.
Wkładam inną kartę do telefonu Luke'a i wpisują ciąg cyfr, chcę usłyszeć ten głos by wrócić znad krawędzi, planuję coś czego nie da się wykonać, chcę porozmawiać, godzinami leżeć na łóżku i wymieniać się informacjami z Malikiem.
-Halo? - słyszę zachrypnięty głos, moje serce przyśpiesza, nie jestem w stanie wydobyć z siebie słowa. - Rachel? Kochanie? - odzywa się łagodnie, mam zawał kiedy nazywa mnie pieszcztliwie.
-Odezwij się kurwa albo dostanę pierdolca. - mruczy gniewnie, a ja wiem, że chodzi po pokoju i przeczesuje włosy, przewracam oczami.
-Skąd wiesz, że to ja?
-Tylko ty tak dyszysz do telefonu jakbyś brała udział w zbiorowej orgii. - Co? On właśnie tego nie powiedział. Śmieje się w duchu, bo w jednej chwili czuję obrzydzenie i niesamowite rozczulenie na jego słowa.Co ze mną jest nie tak?
-Oh.. - wzdycham i słyszę jak wciąga powietrze, - Wiesz, dzisiaj jest trochę zimno, a ja wyszłam się przewietrzyć. - W moim głosie nie ma ani nuty ostrości, brzmię tak żałośnie i złamanie, że chłopak automatycznie ulega mojemu stanowi, wie, że coś jest nie tak. Boże? Czemu nie zauważyłam tego wcześniej?
-Brzmisz inaczej, wszystko okej? -Martwi się?
-Tak, po prostu dochodzę do siebie, to dziwne być znowu słabą i zniszczoną dziewczynką. Jestemtak samo zagubiona jak na początku wiesz? - Po co ja mu to mówię?! Głupia.
-Opowiesz mi wszystko?
Nie wiem czemu ale zaczynam mówić mu o wszystkim, opowiadam o dniu kiedy wyszłam z bibliorteki i zastałam martwego dnia, do tego co przeżywałam będąc w zamknięciu. Ulżyło mi, nie byłam już zagadką ale nie przeszkadzało mi to, to było dobre i potrzebowałam tego tak myślę.
-Mogę pogadać z Niallem? Daj mnie na głośnik, chce wam coś powiedzieć. - poczekałam chwilę, w słuchawce było słychać szmery a potem entuzjastyczny jeden ton i dzwięki szamotaniny.
-No daj mi z nią porozmawiać, też chcę ją chwile mieć dla siebie. Boże Malik nie w ten sposób, ogarnij się cymbale. Ej bo cię pobiję. - nie mogłam się nie śmiać z nich, to było takie kochane, blondyn taki był.
- Hej słonecz.. Ała! Malik! - tak krzyknął, że musiałam odsunąć telefon od ucha.
- Cześć złamasie- śmiałam się, ja naprawdę się śmiałam. -Dobra ogarnijcie się, mam sprawę, wrócę jak wszystko ogarne, narazie jestem w połowie wszytskiego, ale musze wiedzieć, że mi pomożecie.
-W?
-Muszę dostać się do Stylesa i go zabić. Wiem, że to wasz kumpel czy coś, ale musze to zrobić i albo mi pomożecie albo nigdy się już nie zobaczymy.
Trudno mi było to mówić, ale w końcu kiedy nie okazujesz słabości wygrywasz, a ja mimo ostatnich wydarzeń zachowam swój charakter i wygram. Bo Rachel Todd nigdy nie przegrywa, April może, ale nie Rachel.
Nigdy.
_________________________________________________________________________________
Mamy kolejny, krotki, ale napisze coś jutro i wstawię wam w poniedziałek, może wtorek nie wiem w każdym razie już nie długo. Trzymajcie się, kochamy was
Postaram się napisać coś dzisiaj trochę i jutro i może wstawię w okolicach czwartku/piątku ewentualnie weekendu. Przepraszam, że musicie tyle czekać, ale poważnie się zastanawiałyśmy nad zawieszeniem, z Talą nie mam tak naprawdę kontaktu od kilku dni więc jest ciężko, nie chcę pisać sama ale narazie chyba będę tak musiała. Zobaczymy :)
Piszcie czy ktoś tu jest i wgl warto cośkolwiek zaczynać (mam nadzieję, że nie pouciekaliście)
Hej, wiec nie będę pisać dlaczego rozdział sie nie pojawił, bo nawet nie mam poczucia winy i tego ze powinnam/śmy sie tłumaczyć. Jest nam przykro, ze wykazujecie tak małe zainteresowanie tym co tworzymy, zwlaszcza ze taka akcja nie jest po raz pierwszy. Mimo to teraz przechodzicie same siebie, wiemy ze nie dodawalysmy regularnie rozdzialow, ale z każdym rokiem jest coraz trudniej. 1 liceum ssie juz teraz ale chcemy to dokończyć dla was, szkoda ze prawie nikogo tu nie ma. Bylysmy przyzwyczajone do czegoś innego, teraz jesyemy po prostu zawiedzione. Zastanówcie się, czy jesteście wobec nas fair, bo kiedy widzimy dwa dni po dodaniu rozdziału 2 komentarze, to pisać się nie chce :)
Rozłączyła się, a ja kurwa czułem się jak na haju, czemu to zrobiła? Mimo szalejącego wewnątrz mnie huraganu, kazałem Horanowi zlokalizować komórkę, z której dzwoniła. Jednak już po paru sekundach wiedziałem, że sprytnie pozbyła się karty. Czemu nie chciała byśmy wiedzieli gdzie jest? Uderzyłem w ścianę, zaskakując sam siebie, inni mogli myśleć, że to z powodu spierdolenia sprawy po całości, ale jest coś innego. Zupełnie innego. Jak mogła mi powiedzieć, że mnie kocha, kiedy nie zrobiłem niczego w tym kierunku by tak się stało? Nie chciałem tego uczucia, boję się go odkąd bliskie mi osoby z dnia na dzień postanowiły mnie zostawić. Jak może wywracać mój świat do góry nogami, kiedy nie dałem jej nawet pieprzonego zaproszenia, żeby do niego weszła. Nie jestem w stanie kiwnąć palcem bez myślenia o sposobie w jakim układają się jej usta by wypowiedzieć słowa rujnujące wszystko.
Uświadamiam sobie, że tak naprawdę, jest dla mnie ważna, nie wiem czy mogę odpowiedzieć jej tym samym, ale niewątpliwie czuję coś, co ściąga mnie w dół, sprawia że świruję gdy jestem blisko niej. Troszczę się o nią bardziej niż powinienem, miewam sny, myślę o ucieczce dla nas (czego nigdy nie powinienem przyznać) i po prostu uwielbiam seks z nią jak z żadną inną kobietą, z którą spałem. Jest idealna, jej ciało jest. Kurwa!
Uciekam przed spojrzeniami wszystkich, zanim zaczną pytać o cokolwiek, naprawdę jednak nie martwię się nimi, ale wiem, że Niall coś zauważył. I wiem, że wiedział to dużo wcześniej. Wpadam do pokoju, gdzie ostatni raz była, zwijam się w kłębek na pomiętej pościeli i zastanawiam się co do kurwy robię? Potrzebuje siłowni i papierosa i od razu wypadam z sypialni. Chwytając kurtkę widzę zaniepokojone spojrzenia, ale mało obchodzi mnie teraz ktokolwiek czy cokolwiek. Nie widzę konturów, kiedy mknę samochodem. Klnę, bo omal nie wpadłem pod ciężarówkę, gdy przejechałem na czerwonym, ale nic nie poradzę na to, że czuje się jak dziecko w wielkim mieście, rzucony na głęboką wodę bez umiejętności pływania.
Warczę, gdy nie mogę wejść na sale w stronę worka treningowego, bo jakaś laska ze słabym tyłkiem dopytuje o karnet i zniżkę stałego klienta. Zdenerwowany mijam zaskoczone kobiety i bez przebierania się czy ubierania rękawic wale w ciemną skórę. Worek kręci się we wszystkie strony, ktoś odciąga mnie od niego, więc niechętnie opadam na ziemię i obcieram pot z czoła.
-Porozmawiajmy.
-Skąd ty tu?- nie kończę, bo to pytanie nie ma najmniejszego sensu, wiem jak się tu dostał. Mogę nawet zgadywać, który samochód wziął. - Powiedziała, że mnie kocha Niall.. kurwa jestem żałosny.
-Co? O czym ty mówisz? -zaskoczenie i szok maluję się na jego twarzy, najpierw mruga gwałtownie a potem spuszcza głowę.
-Co jest?- podnoszę się gwałtownie i łapię go za koszulkę zanim zdążę dokładnie pomyśleć o tym co robię. Ściskam materiał i widzę zdezorientowany wyraz twarzy kumpla. Czemu nie zauważyłem tego wcześniej? To całe pomaganie i bronienie, kurwa ona się mu podoba! A ja zupełnie, totalnie mam coś przeciwko. Rzucam nim o ziemię i przyciskam kolanem. Przez moje żyły przepływa gniew i zdaje się. że zaraz wybuchnę, chce coś powiedzieć, kiedy uderzam jego twarz... a potem wycofuję się pod ścianę i mam ochotę krzyczeć.
- Zayn to nie tak jak myślisz! - podnosi ręce do góry i ociera zranioną wargę z krwi. - To tylko moja przyjaciółka, kocham ją ale jak siostrę,za to ty chyba w nieco inny sposób.
- O czym ty mówisz?
- Gdyby tak nie było, nie rzucił byś się na mnie.- mówi i zaczyna się śmiać, tak znajomo, tak miło, że mam ochotę przewrócić oczami i robię to, a potem odpycham go od siebie, gdy siada koło mnie.
- Nikomu nie powiem, chyba, że znowu mi coś uszkodzisz. - grozi, a ja wiem, że mój sekret jest u niego bezpieczny. Mój sekret, moja Rachel.
- Wiesz... Nigdy nie podejrzewałbym Ciebie o coś takiego. - spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem.
- Naprawdę? Ja nigdy nie znałem słowa miłość... Stary, co ja mam teraz zrobić? - złapałem moją twarz w dłonie.
- Cóż, to wszystko zależy od twoich uczuć. Wiem, że nigdy nie wyobrażałeś sobie tego, że jesteś w stanie się zakochać. To jest jak uderzający piorun... Nie wiesz kiedy i jak, ale zdajesz sobie sprawę, że jest to coś mocnego. Patrzysz na tę osobę i chcesz poznać każdy cal jej osobowości i ciała. Nie dbasz o konsekwencje. Nie spierdol tego, Zayn. Uwierz mi, że w całym twoim pieprzonym życiu nie spotkasz kogoś takiego jak ona.
Mówił prawdę. Laski do których przywykłem były albo nad wyraz nachalne i cóż... sztuczne, albo były mega niewinne i nie dały się nawet dotknąć, więc ten czas, który musiałbym poświęcić, aby dobrać się do ich majtek byłby zdecydowanie za długi. Rachel była mieszanką wszystkiego. Potrafiła być niewinna, ale w ten bardzo podniecający mnie sposób, umiała też pokazać kto tu rządzi. Kiedy pierwszy raz ją spotkałem wiedziałem, że prędzej czy później wylądujemy w łóżku. Siła charakterów.
- Wiesz, że Styles zabije nas wszystkich jak się dowie? Nie mogę ryzykować. Nie mogę was w to mieszać...
- Nie wydaje ci się, że już jesteśmy w to zamieszani? Do niczego nas nie zmuszałeś, Zayn. Sami wybraliśmy sobie takie życie i szczerze? Odpowiada mi to. Mam 4 przyjaciół, na których zawsze mogę liczyć. Dużo razem przeżyliśmy i jak czasami przypominam sobie nasze pierwsze akcje to nie wiem czy mam się śmiać, czy może płakać. Pamiętasz zamach na Lucasa? - zaśmiał się.
Tak, to była nasza pierwsza wspólna akcja. Mieliśmy zlikwidować jednego z tych niższych 'stopniem' gangsterów, bo jak to w tym biznesie bywa, był nam dłużny bardzo dużą ilość pieniędzy. Otóż my, totalnie niedoświadczeni zapomnieliśmy uwaga... broni! Było to totalnie nieodpowiedzialne z naszej strony, ale finał był taki, że i tak sobie poradziliśmy i to bez żadnych komplikacji. Wystarczyła dobra improwizacja oraz szybki ruch ręką, aby złamać ku kark.
- Tak, to było mocne. - śmiałem się z Horanem.
- Zbieramy się? Czy może chcesz jeszcze wyładować swoje emocje? - spytał wstając i otrzepując swoje spodnie.
- Możemy iść na piwo? - spytałem
- O nie, Zayn i prowadzić po alkoholu? - spytał z udawanym szokiem.
- Stary, jesteśmy gangsterami. Nie zachowujmy się jak cipy, błagam. - poklepałem go przyjacielsko po ramieniu i opuściliśmy budynek siłowni.
W sumie od zawsze Horan był mi najbliższą osobą z ekipy, ufałem mu najbardziej.. Ale dzisiaj dopiero zobaczyłem, że serio dobry z niego kumpel. Wiem, że bardzo zależy mu na Rachel, ale ufam mu, że tak, jak sam to nazwał, czyli traktuje ją po prostu jak siostrę. Nic więcej. Nie uważałem go jako zagrożenie, ale nie moja wina, że jestem o nią tak kurewsko zazdrosny. Co jak ją znajdę? Co dalej? Teraz, po tym wszystkim nie wyobrażam sobie żyć jak dawniej. Kurwa, ktoś mnie kocha. Z jednej strony jest to uczucie po prostu zajebiste, ale z drugiej cholernie obce i nowe. Najgorsze jest to, że ja nie wiem czy ją kocham. Nie wiem jak wygląda to uczucie i jak się je okazuje. Rachel jest dla mnie najważniejsza i spokojnie mógłbym oddać za nią życie. W całym moim życiu nie spotkałem kogoś takiego, przysięgam. Jesteśmy do siebie tak bardzo podobni, że czasami mam wrażenie że to moja siostra. Łączy nas bardzo wiele. Na przykład oboje lubimy ostrą zabawę i nie mam na myśli tutaj strzelanin ani tego typu rzeczy. Jest niegrzeczna, co bardzo mi się w niej podoba. Pewnie rozmyślałbym o niej jeszcze bardzo długo, ale mój wewnętrzny monolog przerwał dźwięk stawianego kufla na barze.
- Zdrowie Rachel? - spytał Horan
Kiwnąłem głową i już po chwili zanurzyłem moje wargi w tym napoju stworzonym dla Bogów.
- Więc co zamierzasz zrobić?
- Szczerze? Nie wiem. Pierwszy raz w życiu naprawdę nie mam pojęcia co dalej.
- Co Rachel Ci w ogóle powiedziała? - spytał Niall
- Cóż, w sumie to nic wielkiego. Tylko, że uciekła i póki co jest bezpieczna, ale nie możemy jej teraz znaleźć. Musi odzyskać siły i obiecała mi, że wróci. Potem... sam wiesz co powiedziała mi potem.
Kiwnął głową ze zrozumieniem.
- Boisz się, że zwieje?
- Akurat to jest rzecz, której się najmniej boję. To nie jest ten typ. Skoro obiecała, dotrzyma słowa. Zresztą żadna laska nie wyjawi facetowi miłości, a później zwieje... Dobra, może są takie dziewczyny, ale nie ona. Rachel jest słowna jak nikt inny.
- O tak. Pamiętasz te wszystkie akcje które nam wyrządziła? Przez te dziewczynę mieliśmy bardzo dużo kłopotów, ale... było fajnie. Wreszcie jakaś dziewczyna dała ci popalić! - zaśmiał się, klepiąc mnie przyjacielsko po ramieniu.
Resztę wieczoru wspominaliśmy nasze wszystkie akcje. Od dłuższego czasu czułem się naprawdę odprężony. Wiem, że ten stan nie potrwa długo, ale chciałem chodź na chwilę nie myśleć o tym wszystkim. Chciałem odpocząć, ale moją głowę dalej zajmowała pewna sukowata laska, dla której jestem gotów zrobić wszystko.
___________________________________________________________________________
I mamy rozdział 9! Nie wierzę, że już jutro rozpoczęcie roku szkolnego... Te wakacje minęły mi bardzo szybko, za szybko.
Z okazji nadchodzącego roku szkolnego, minuta ciszy... [*]
Poruszyłam palcami. Powoli i ociężale budziłam się ze snu, który całkowicie zawladnął moim ciałem. Byłam tak bardzo wyczerpana. Zamrugałam kilkakrotnie, aby moje oczy przyzwyczaiły się do panującego tutaj światła. Właśnie. Chryste, gdzie ja jestem? Rozejrzałam się po pokoju, usiłując przypomnieć sobie cokolwiek, co choć trochę wyjaśniłoby mi jak się tutaj znalazłam. Pomieszczenie było urządzone w kolorach czerwieni i bieli, przez co wydawało się bardzo przestronne. Na przeciwko łóżka była plazma zawieszona na ścianie, a pod nią komoda. Na niej były zdjęcia jakiejś dziewczyny i chłopaka, całujących się na moście. Kojarzyłam go. Zakryłam twarz dłońmi, zmuszając mój mózg do pracy na wyższych obrotach.
Ucieczka, drzewo, Luke... Właśnie, Luke! Zerwałam się z łóżka, przez co omal nie zemdlałam. Przypomniałam sobie, jak wczoraj zemdlałam z wyczerpania. Kiedy już miałam zakładać buty, aby jak najszybciej stąd zwiać, ktoś otworzył drzwi.
- O, wstałaś. Miałem Cię budzić na śniadanie. Mam nadzieję, że lubisz omlet? - chłopak uśmiechnął się do mnie promiennie i szczerze?
Kiedy spojrzał na nie do końca wsunięty but, skrzywił się i ruszył w moją stronę.
- Chyba sobie żartujesz. Nigdzie Cię nie wypuszczę. Spójrz, ledwo trzymasz się na nogach. Chcesz znowu zemdleć? Spokojnie, Ci od których uciekłaś na pewno nas nie śledzili. Sprawdzałem, czy nikt za mną nie jedzie. Nie wiem co takiego zrobiłaś, ale szczerze? Nie interesuje mnie to ani trochę. Chcę, żebyś trochę odpoczęła, zregenerowała się i wtedy pójdziesz w swoją stronę. Nie chcę mieć Cię na sumieniu... Właśnie, jak ty masz w ogóle na imię? Patrzyłam na chłopaka i nie wiedziałam, co mam powiedzieć. Czy mogę mu zaufać? Póki co nie mam innego wyjścia.
- Rach... Rachel.
Przez chwilę chciałam podać mu fałszywe imię, ale widać, że koleś naprawdę nie ogarnia z kim na do czynienia, więc odpuściłam.
- Ładnie
Uśmiechnął się do mnie i opuścił pokój. Dopiero teraz zauważyłam, że z mojej nogi nie leci krew, a ja byłam ubrana w o wiele za dużą koszulkę i jakieś dresy. Chłopak musiał pożyczyć mi swoje ciuchy, miło z jego strony. Rozejrzałam się w poszukiwaniu łazienki. W pokoju znalazłam drzwi, które za pewnie należały do niej. Uchyliłam je, nie myląc się. Weszłam do środka. Przemyłam twarz wodą i spojrzałam w lustro. Wyglądałam okropnie. Moje wargi praktycznie w każdym miejscu były uszkodzone, a twarz pokrytą miałam wieloma siniakami i zadrapaniami. Rozebrałam się i weszłam do kabiny. Woda lała się po moim ciele, a ja rozpłakałam się jak małe dziecko. Może z bezsilności, a może z bólu. Nie wiedziałam. Za każdym razem gdy patrzyłam na siebie, czułam jego ręce oplatające moje ciało i ściskające je z ogromną siłą. Spojrzałam na palce odbite na moich biodrach. Dotknęłam tego i czułam to. Czułam, jak każda cząstka mojego ciała krzyczy. Kiedy próbowałam się wyrwać, ale byłam zbyt słaba, żeby to zrobić. A on śmiał się. Śmiał się z tego, jak bardzo w tym momencie cierpiałam. Uderzyłam pięścią w ścianę i osunęłam się po niej. Woda dalej lała się na moją twarz, a jej krople spływały. Nie umiałabym już odróżnić ich od łez.
Nikt. Nikt kto czegoś takiego nie przeżył, nie będzie wiedział co w tym momencie czuję. Usłyszałam, jak ktoś puka do drzwi.
- Rachel, zostawiam tutaj świeże ubrania. Jak będziesz gotowa, to wyjdź.
- Dzięki
Powiedziałam to tak cicho, że nie byłam pewna czy chłopak usłyszał to, co do niego powiedziałam.
- Wszystko okej?
- Ta-ak, już wycho-odzę.
Zakręciłam wodę i wyszłam z kabiny. Osuszyłam moje ciało, ubrałam się. Poczekałam, aż oznaki mojego płaczu całkowicie znikną i będę mogła wyjść do Luka i ominąć pytania, które na pewno zacząłby zadawać. Siedział w kuchni i czekał na mnie. Posłałam mu lekki uśmiech i usiadłam przy stole.
- Jedz.
Podsunął mi talerz pełny jedzenia. Poczułam zapach i od razu pociągnęło mnie na wymioty. To był pewnie efekt tego, że przez bardzo długi czas nic nie jadłam.
- Dobrze się czujesz? - Tak, chyba tak. Dawno nie jadłam. To nic. - wzięłam pierwszy kęs jajecznicy i od razu pożałowałam, wszystko podeszło mi do gardła, zapiekło i sunęło w górę dopóki szybkim krokiem nie wróciłam do łazienki. Opróżniałam swój żołądek stanowczo zbyt długo, zwłaszcza, że nic w nim nie było.
Kiedy skończyłam odgarnęłam włosy z twarzy i oparłam spocone czoło o kafelki, miałam chyba gorączkę, ale nie chciałam myśleć co było jej przyczyną. Niewątpliwie był to wynik długotrwałego męczenia mojego organizmu. Po chwili usłyszałam za sobą czyjeś kroki. - Już okej? - spytał Luke nie pamiętam już po raz który. - Mógłbyś mi zrobić kubek ciepłej herbaty? - spytałam Chłopak pokiwał głową i udał się do kuchni. Spojrzałam ponownie w lustro. Musiałam odżyć, bo nawet wyglądem nie przypominałam samej siebie. Przerażało mnie to. Poczułam nagle chęć sięgnięcia po papierosa. Co z tego, że dosłownie sekundę temu opróżniłam swój żołądek niemal do zera. Zawsze brałam fajki od Malika... Właśnie, Malik. Musiałam mu dać znak, że żyję. Wyszłam z łazienki i udałam się w poszukiwaniu Luka. - Luke, mogę pożyczyć komórkę? - spytałam opierając się o ścianę. - Co? A tak, jasne. Trzymaj - podał mi swojego -nikogo to nie zdziwi- iphona. Wróciłam się do sypialni raz po raz bijąc się z myślami. Nie wiedziałam czy zrobię dobrze, jeżeli odezwę się do Malika. Przecież jest to okazja doskonała, aby uciec, prawda? Z drugiej strony jeżeli chłopcy mnie nie odnajdą- zginą. Nie znałam za dobrze Harrego, ale wiedziałam na co go stać. Wybrałam numer, który na szczęście znałam na pamięć. Jeden sygnał, drugi, trzeci... - Halo? - usłyszałam głos. Ten głos. - Zayn? - Boże Rachel, gdzie jesteś? Nic ci nie jest? - Posłuchaj, jestem póki co bezpieczna. Nie mogę teraz wrócić, jestem... muszą mi wrócić siły. Wiesz z czym będziemy musieli się zmierzyć? Nawet... Nawet sobie nie wyobrażasz co się tam działo. Udawaj, że dalej mnie szukasz i o niczym nie wiesz, błagam cię. Odezwę się i wrócę, obiecuję. - Ale Rachel? - Ja pierdole Zayn, nie jesteśmy parą zakochanych gołąbków. Uwierz mi, że wolałabym, abyśmy teraz zajęli się czymś bardziej przyjemnym, ale musimy się z tym uporać. - Wiem -usłyszałam lekką chrypkę w jego głosie. - A i Zayn? - Hm? - Chyba... Chyba Cię kocham. Powiedziałam to na jednym wdechu i rozłączyłam się. Nie wierzę, że to zrobiłam. Mimo wszystko czuje się... lżej? _______________________________________________________________________ Dużo problemów ostatnio, serio przepraszamy. Piszcie jak wam się podoba i do następnego, którego napiszę już ja, a tym razem łapcie rozdział od Tali, serio zastanawiam się czy napisać osobną notkę o tym co się u nas ostatnio dzieje. Kolejnego spodziewajcie się w następnym tygodniu, kochamy was :* Olek
Czy byłam przerażona? Może trochę. Udało mi się uciec. Dziękowałam Bogu, który za pewne gdzieś tam jest, że ofiarował mi taką okazję. Nie byłam sobą w tym momencie. Czułam się jak dzikuska, jak ktoś, kto wyszedł z ukrycia po parunastu latach. Nie miałam pojęcia gdzie pójdę. Przez te wszystkie dni karmili mnie kroplówkami. Czy pamiętam jak wygląda jedzenie? Czy będę w stanie je jeszcze poczuć? Dotknąć? Zayn... Gdybyś tylko tutaj był...
Siedziałam na tym cholernym drzewie, czekając na cud. Człowiek nie zdaje sobie sprawy jak kruche jest życie. Jak krucha może okazać się jego psychika. Czy mogli zniszczyć mnie bardziej niż dotąd byłam? Czułam się tak strasznie słaba. Czułam, że dłużej nie dam rady. Przypomniałam sobie moment, kiedy to wszystko się zaczęło. Ciężkie ciało mojego ojca, spoczywające w moich drobnych ramionach.
Ta mała została sama, ciekawe czy sobie poradzi...
Jej ojciec był taki dobry... cudowny człowiek...
Świat Rachel właśnie legł w gruzach, wszyscy musimy jej współczuć...
Trumna z jakiego drewna?
Jutro prosimy wstawić się w kancelarii, w celu odczytania testamentu...
Jesteś głodna? Pewnie jesteś tak załamana, że nic nie jadłaś...
Teraz mogłabym zaśmiać się im w twarz. To wszystko było takie... cienkie, powierzchowne i fałszywe. Tak naprawdę ludzie mieli w dupie kim był mój ojciec, a policja na pewno umorzyłaby sprawę szybciej, gdybym tylko im na to pozwoliła. To dlatego chciałam zacząć wszystko na własną rękę. Dla mamy i dla niego. Mimo tego, że okazał się największym sukinsynem na świecie. To mój ojciec. Kochałam go.
W jedne chwili usłyszałam jakiś szelest. Moje serce się zatrzymało, a ciało zaczęło się trząść. Sprawdziłam, czy w kieszeni moich zakrwawionych spodni jest dalej broń i czekałam. Nie możliwe, żeby Tom znalazł mnie tak szybko. Nie może być aż tak dobry. Zaczerpnęłam świeżego powietrza, aby nawet mój oddech stał się niesłyszalny. Stał tyłem. Miał kaptur i dobrze zbudowaną sylwetkę. Przez chwilę myślałam... myślałam, że to Zayn. Przyszedł po mnie. Przyszedł, aby mnie uratować. Tajemnicza postać odwróciła się, ale dalej nie byłam w stanie dostrzec jej twarzy. Nie widział mnie, ale ja go doskonale. Podszedł pod drzewo, usiadł opierając się o nie. Odetchnęłam z ulgą, bo wiedziałam, że to nie jest żaden człowiek Toma.
- Dlaczego siedzisz na drzewie? - usłyszałam po chwili ochrypły głos.
Zamarłam. Szybko wyciągnęłam spluwę, zeskoczyłam z drzewa i wycelowałam pistolet w stronę chłopaka.
- Hej, hej. Nic ci nie zrobię! Tak w ogóle to... Skąd ty masz broń?! - wstał i podniósł ręce w obronnym geście.
- Zamknij się. Musisz mi pomóc.
- Słodki Jezu, ty krwawisz!
Chłopak już chciał do mnie podejść.
- Nie ruszaj się! - krzyknęłam - Nie ruszaj się albo cie zabije!
Nie wiedziałam co robić. Musiałam jakoś się stąd wydostać, ale sama nie dałabym rady. Ciągłe zawroty w głowie dawały o sobie dość dobrze znać. Musiałam coś zjeść, odpocząć, zasnąć nie czując tego cholernego zapachu stęchlizny.
- Dobra, spokojnie, nie bój się. Pomogę Ci, ale opuść broń, bo jeszcze przypadkiem może stać się komuś krzywda.
- Co ty tu robisz? On cie przysłał? Nie wrócę tam, rozumiesz? Nie chcę tam wrócić, nie mogę, nie wytrzymam tego dłużej! To jak śmierć, śmierć jest chyba lepsza, Boże, nie!
Wpadłam w panikę. Upuściłam broń i zaczęłam histerycznie płakać. Ciągnęłam za włosy bardzo mocno, czując jak tysiące igiełek wbijają mi się w głowę. Poczułam jak ktoś łapie mnie od tyłu i przytrzymuje.
Tom rozrywający moje ciało od środka
Brutalność
Ból
- Nie pozwól... Błagam, nie pozwól żeby mnie zabrali!
- Spokojnie. Nie jestem od tego, przed którym uciekasz. Jestem Luke i przyszedłem tutaj po prostu na fajkę. Pomogę Ci, ale nie możesz już krzyczeć, rozumiesz? Teraz Cie puszczę, a ty się uspokoisz, dobrze? Już, jesteś silna.
Moja klatka opadała i podnosiła się bardzo szybko. Czułam, że już nie wytrzymam. Moje ciało stało się bezradne i kompletnie nie chciało współpracować z resztą. Zatracałam się w ciemności. Poczułam, że spadam w dół, a ktoś próbuje mnie podtrzymać.
Zobaczyłam coś pięknego, Zayn stał na przeciwko i patrzył się na mnie z uśmiechem. To było coś niewyobrażalnego. Mój Zayn. Przyszedł. Obiecał i dotrzymał słowa. Przyszedł. Zayn
Samochód, który prowadziłem przecinał powietrze zdecydowanie za szybko, by ktokolwiek z zewnątrz nie postrzegał go jako rozmytej plamy. Obok mnie na miejscu pasażera siedział blondyn skupiąc nerwowo zębami usta. Coś w jego zachowaniu było płochliwego i niecierpliwego. Jeszcze nigdy nie miałem okazji go takiego widzieć, mimo, że w każdej akcji był ze mną. Niewątpliwie to z nim dogadywałem się najlepiej kiedy chciałem być po prostu sobą, bo jeśli chodziło o imprezowanie kierowałem się do Lou, a na ostry trening wybierałem Liama. Jednak Nialla mogę nazwać swoją bratnią duszą, więc kiedy on odczuwał niepokój, ja też. Zwłaszcza, że chodziło o moją Rachel. -Kurwa, to stanowczo zbyt długo trwa, nie ma jakiegoś skrótu? - Nie. - pokręciłem głową zrezygnowany, do chuja akurat w tamto miejsce nikt nie wymyślił szybszej drogi, no żeś kurwa mać. Klnąłem w myślach co sekundę, ale to nie pomagało. - Nie pozwolę, żeby jej się coś stało. Do cholery jest moją przyjaciółką. - popatrzyłem na niego nieco gniewnie. - No co? Nie patrz tak, ja nie będę ukrywać, że jest dla mnie ważna, nie umiem. Przecież widzę. -Co widzisz? - mimo sytuacji prychnąłem, trzeba zachować pozory. Trzeba, prawda? -Coś jest między wami, po co poruszasz niebo i ziemię by ją znaleźć, zabijasz wszystkich na swojej drodze i stanowczo za duzo upijasz się odkąd zniknęła? - Jest ważna dla Harrego, więc i dla mnie. Chce wykonać zdanie i jechać na wakacje. Niczego teraz bardziej nie potrzebuje jak gorącej plaży i usługującego mi tuzina lasek w bikini. Pokręcił głową, ale się nie odezwał. Jak mogłem wymyślić te brednie i sprzedać je przyjacielowi kiedy sam w nie, nie wierzyłem? Tchórz, tylko jedno słowo nasuwało mi się na myśl. Byłem tchórzem, ale dla jej bezpieczeństwa zrobię wszystko. Mogę nawet zostawić ją w spokoju byle by tylko udało mi się wyciągnąć ją z kłopotów. Wreszcie dojechaliśmy do drogi wiodącej do Ilford Park. Po obu naszych stronach rozciągały się drzewa, liście jak na tę porę roku wyścielały polną drogę, kamyki chrzęściły pod kołami, wznoszącymi tumany kurzu. Było nas dwóch, czy to wystarczająco by powstrzymać tych bydlaków? Ona była tam sama, szepnął mi głos w mojej głowie, załamałem się. Chcę już mieć ją w ramionach i trzymac tak długo jak tylko zdołam, zanim ktoś znowu mi ją odbierze. Zawsze każdy starał się zabierać mi najcenniejsze co mam, więc czemu teraz ma być inaczej? Mimo to chcę się cieszyć tymi chwilami, które mogę ukraść dla nas obojga. Sypiący się budynek ukryty był w gąszczu pomarańczowych zarośli, stał tam rozpadający się z dala od miasta i ludzi, którzy mogli słyszeć jej krzyki. Zaparkowałem w pobliskiej gęstwinie i wypadłem z wozu tak szybko jak tylko zdołałem. Wcześniej ustalone punkty planu wyświetlały się w mojej głowie. Otworzyłem bagażniki i wyciągnąłem z niego broń. Niall zrobił to samo i po chwili staliśmy po obu stronach wejścia, drzwi okazały się otwarte a w progu leżał martwy blondyn. Co tu się wydarzyło? Zagłębiając się dalej znaleźliśmy jeszcze jednego młodego chłopaka w celi, w której prawdopodobnie ją trzymali. Ściany wyklejone były folią bombelkową, na środku stało krzesło, a u jego stóp zaschnięta kałuża krwi. Była rana. Blondyn widząc to co ja, kucnął i chwytając się za głowę ukrył twarz w rękach. Załamał się widząc strzykawkę i środki przeciwbólowe, których nie zdążył podać ten szczeniak. Jednak ponad to wszystko wyodrębniał się tylko jeden fakt. Uciekła, dała radę, żyje. Zacząłem się śmiać na głos tak radośnie. a zarazem historycznie jak było to tylko możliwe. Niebieskie oczy przeszyły mnie swoim zaciekawieniem. - Uciekła, dała radę. No jasne, że tak jest silna jak sam skurwesyn. - powtarzałem, a cień uśmiechu zagościł na jego twarzy. Nie wiedząc co robię,.podszedłem do niego i objąłem. klepiąc po plecach, gdy nagle usłyszałem silnik samochodu. -Skryj się tam, to musi być ten Hanks. Nie zabij go. - zastrzegłem i czekałem, aż wejdzie. Kiedy odkrył trupa, wbiegł tak szybko jak pozwoliły mu na to dobrze wypastowane buty, ohyda. Pokazał się w świetle lamp i wiedziałem już, że to on. Miał brodę, ciemną karnację i wielkie siniaki na szyi. Dusiła go? Boże. szaleję za tą dziewczyną. Potem wszystko działo się szybko, Niall przestrzelił mu kolana, a on upadając miał strach w oczach. Bał się jej? Myślał, że moja mała dzielna dziewczynka chce zemsty? W takim razie co jej zrobił? Chce i wyciągnę to z niego siłom, a potem zadając dwa razy większy ból zabiję. -Spokojnie, to ci już nie będzie potrzebne. - kopnąłem w rękę, którą starał się wyciągnąć broń i jeszcze raz strzeliłem, w drugie kolano dzięki czemu upadł na ziemię. -Zwiąż go i wyciągnij wszystko czego chcemy wiedzieć, ale nie zabijaj. Sam to zrobię. - uśmiechnąłem się niemrawo zaważając strugę krwi. Po jej śladach dotarłem do drzewa. Ukryła się na nim? W tamtym miejscu kałuża była duża, ale było to też miejsce gdzie ślad się urywał. Mimo to, żyła. Moja mała, dzielna dziewczynka. Oh jak bardzo pragnąłem jej w tej chwili. ____________________________________________________________________ Mamy kolejny, piszcie co myślicie, mamy nadzieję, że bd więcej komentarzy niż pod poprzedni mi do następnego, który napewno pojawi się w następnym tygodniu, jeszcze nie wiemy, w który dzień :)
W brudnym barze, gdzie dym był tak gęsty, że widoczność była bardzo ograniczona postanowiłem poczekać na mojego kumpla. Razem z Niallem kilka dni temu zlokalizowaliśmy MOŻLIWE miejsce pobytu Rachel, siedziałem jak na szpilkach, bo nie chciałem za chuja spieprzyć tej sprawy.
Wpisując w wyszukiwarkę hasło: Jerry Collins, pojawiło się chyba z miliard stron, odnośnie jakiś parszywych dupków. Zmniejszając wyszukiwanie, wyniki doprowadziły nas do 12 w okolicy 200 km, a ja nie mogłem uznać tego za bardziej proste niż z każdym z nich się spotkać. Obaj z Horanem i resztą ekipy spędziliśmy dwa dni, które mogłem stracić, (chociaż i tak rozwalałem wszystko co popadnie z tych nerwów, ciągłego Stylesa na głowie i przemożnej chęci wkońcu ujrzenia tych jej brązowych oczu, niczego więcej nie pragnąłem!) to uczucie, które bylo mi obce, a pojawiło się znikąd rozwalało mnie od środka, dusiło i zacieśniało węzy.
Tyle rzeczy, które mogłem robić z nią codziennie, jej usta stały się moja obsesją. Byłem gdzieś na pograniczu zalewającego mnie podniecenia przez obrazy w mojej głowie, gdy ciemna postać wyłonila się zza rogu.
Oceniłem wygląd faceta, stwierdzając, że miał długą brązową brodę i ciemną karnacię, a w dłoni dzierżył papierosa.
-Ty jesteś Zayn Malik?
-Tak, siadaj. - warknąłem i jednocześnie wydałem polecenie.
Mężczyzna dokończył używkę i wyciągnął paczkę, uprzedni kierując ją w moją stronę, wyciągnąłem jednego w celu przeyjrzeniu mu się dokładniej i chyba byłem w domu. Bo papieros miał jeden szczególny znak, który znalazłem u naszej próbki. Bez ceregieli wstałem, wywracając przy tym krzesło i złapałem gościa za koszulę, kierując się w stronę zaplecza, gdzie czekał na mnie blondyn.
Rzuciłem nim jak workiem o stół i przywiązałem ręce, szarpał się, ale adrenalina krążąca w moich żyłach nie pozwalała się mu wymknąć. Dodawała mi sił.
-Gdzie ona jest? - zadałem pytanie, rozrywając jego koszulę. Guziki rozsypały się po całej podłodze.
-Ale kto?- był przestraszony.
-Rachel Todd, mówi ci to coś? - widziałem w jego oczach, że wie o kogo chodzi, ba on uśmiechnął się w perfidny sposób dając mi znać, że obraz dziewczny w jego głowie bardzo mu się podoba.
-Ach, ta mała suka, nie wiem do czego potrzebna jest szefowi, ale chętnie zaopiekowałbym się nią, tak jak zrobił to szef kilka dni temu, nawet nie krzyczała, ale dźwięk pasa na jej ciele byl melodią dla uszu, aż sam chciałbym tak z nią pofiglować. - ledwie skończył kiedy rzuciłem się na niego z pięściami, Horan patrzył na mnie jak na opętanego, ale sam ledwo się powstrzymywał. Cóż, teraz było jasne, że oboje mieliśmy do Rill słabość i najwidoczniej wieczorem znajdę się pod ostżałem pytań. Mniejsza z tym, zostawiłem śmiecia i przyniosłem szczura, wiaderko i palnik z składiku obok.
Położyłem gryzonia na brzuchu tego gnoja i zakryłem wiadrem, a potem zacząłem je nagrzewać, widziałem jak patrzyl z niepokojem na to co się dzieje, a potem zaczął krzyczeć kiedy mysz zaczęła go gryżć chcąc sie wydostać.
- Teraz powiesz mi, gdzie ona jest? Albo zostaniemy tutaj dłużej, aż Pan Gibby sobie pozwoli na ucieczkę, wgryzając się w twoją skórę i wnętrzności. - powiedziałem, a potem zaśmiałem się całkowicie histerycznie i z obłędem.
Miałem go dość. Z każdą kolejną sekundą mój poziom złości wzrastał. Facet darł mordę na całe pomieszczenie, ale póki co nie dawał za wygraną.
- Gdzie ona jest? Pytam kurwa ostatni raz! - krzyczałem, ledwo powstrzymując się od ponownego rzucenia się na faceta. Jego ból przestał mnie już nawet bawić. Wszystko już dawno przestało być zabawne. Coraz bardziej brakowało mi dotyku jej miękkich, delikatnych dłoni. Dniami i nocami marzyłem o jej ustach. Te charakterystyczne marszczenie nosa, kiedy próbowałam przekonać mnie do swoich racji. To wszystko sprawiło, że Rachel stała się dla mnie tak ważna, że nie potrafiłbym z niej tak po prostu zrezygnować. Nie wiem kiedy to się stało, ale w ogóle tego nie żałuję. Rachel jest wspaniała. Jest moja.
Z moich rozmyśleń wyrwał mnie ponowny krzyk. Wróciłem do rzeczywistości.
- Kurwa! Dobra, powiem! Ja pierdole, powiem!
Dałem znak Horanowi, żeby podniósł wiadro. To co zobaczyłem trochę mnie... obrzydziło? Tak, to chyba właściwe określenie. Z brzucha faceta tryskała krew, a gryzoń uciekł przerażony tym, przez co musiał przejść...
- To jak? Gdzie ona jest? - nachyliłem się nad jego poszarpanym ciałem.
W zasadzie to fascynujące, ile bólu i cierpienia może zadać tak mała i krucha istota... Zupełnie jak Rachel. Tylko ona na pewno nie jest małą istotą. W moich oczach jest to wielka, niezależna kobieta. Mimo wszystko potrzebuje dużo troski i wsparcia. Nie znam nikogo, kto przeszedł tyle co ona.
- I...Ilford Park.
- Co? Trzymacie ją w parku?
- To tylko taka nazwa. Tak naprawdę jest to dawny zakład weteranów wojennych... Jest tam dużo szczątek ciał, dlatego nikt się tam nie zapuszcza. To idealne miejsce na przetrzymywanie kogoś takiego jak ona.
Spojrzałem w oczy Horana, które wyrażały złość. Kiwnąłem potwierdzająco głową. Wiedział co mam w tej chwili na myśli. Potwierdził to później jego ruch. Wyjął pistolet i wycelował lufę prosto w głowę Jerrego.
- Przecież powiedziałem wam gdzie jest! Ej, możemy się dogadać! Mam dużo forsy, bardzo dużo.
- Wiesz co? Nie interesują mnie twoje brudne pieniądze. To wszystko za to, przez co teraz przechodzi moja Rachel. Horan, czyń swoją powinność.
Odwróciłem się, poczym usłyszałem strzał. Gówno mnie obchodziło, czy policja najdzie jego ciało, czy nie. Mimo to, trzeba było coś z nim zrobić.
- Spalmy go.
- Co?
- Spalmy go. W ten sposób nikt nie będzie nawet wiedział o jego istnieniu i o tym, co się tutaj wydarzyło. - Horan wzruszył ramionami.
- Zajmij się tym.
Wiem, że nie powinienem zostawiać go z tym samego, ale teraz naprawdę nie miałem głowy do tego, aby zająć się szczątkami ciała tego sukinsyna. Założyłem moje okulary i opuściłem to pomieszczenie. Musiałem działać dalej.
Nie bałem się, że ktoś zadzwoni po policję. Wybrałem takie miejsce a nie inne, bo tutaj po prostu takie sytuacje były czymś normalnym. Dlatego nie zdziwiłem się, kiedy wychodząc z pomieszczenia, nie czekały na mnie przerażone oczy przypadkowych klientów. Pomijam fakt, że większość lokalu zajmowali tutaj motocykliści i ci, którzy tak jak ja załatwiali dzisiaj brudne interesy. Kiedy miałem naciskać na klamkę szklanych drzwi, usłyszałem pytanie kelnera przy barze.
- Wszystko poszło okej? - spytał, wycierając rzędy szklanek i kufli na barze.
Odwróciłem się twarzą do niego. Miał podły wyraz twarzy i chytry uśmieszek. Nie cierpiałem takich typów. Nie powinni mieszać się w sprawy, które ich nie dotyczyły. Wciągnąłem nosem zapach palonego tytoniu i innego typu zielsk.
- Słuchaj, to nie jest chyba twoja sprawa. Nie sądzisz? - podszedłem pod bar, opierając się o niego.
- Może i nie moja, ale faktu nie zmienisz. Wszystko słyszałem. Musisz serio kochać te laske, skoro tyle dla niej ryzykujesz.
Zacisnąłem powieki, a serce przyspieszyło w niewiarygodnie szybkim tempie. Nie kocham jej. Nie mogę jej kochać...
- Nie mam ochoty na filozoficzne dyskusje, bo mam jeszcze dużo spraw do załatwienia. Mam nadzieję, że umiesz trzymać język za zębami, tak, jak robią to twoi koledzy. Inaczej możesz podzielić los mojego już zmarłego kolegi. Rozumiesz? - odruchowo pociągnąłem go za kołnierz jego firmowej koszulki.
- Spokojnie, masz to jak w banku. Może piwerko? - machnął mi kuflem przed oczami.
Zawahałem się. Nie miałem zbyt dużo czasu, ale w sumie i tak musiałem czekać, aż Horan spali ciało Jerrego. Nie wiem kiedy stałem się tak okrutny. Chyba życie mnie tego nauczyło. Po chwili zobaczyłem przed sobą piwo, na które czekałem. Sączyłem je powoli, delektując się smakiem i myślami, które ciągle zaprzątały mi głowę. Ona na mnie czekała. Jest silna, nie wątpiłem w to. Tylko pytanie... Jak długo? Z tego co zdążyłem wywnioskować ze słów Jerrego, nie traktowali jej tam dobrze. Odpłacę się im tym samym. Zabiję ich wszystkich. Nikt nie może jej krzywdzić. Nikt.
wiele problemów było z tym rozdziałem, wiele problemów miałyśmy z internetem i komputerem więc oto jest, mam nadzieje, że nam to wybaczycie. W następnym tyg rozdział powinnien pojawić się w sobote :)
Rozdział dodaję w imieniu Tali, która opala dupsko nad morzem xx