- Lepiej się pospiesz albo twoje zwłoki będzie badał ktoś inny.
Dziewczyna momentalnie spięła się jeszcze bardziej. Miałem już dość czekania. Wreszcie odwróciła się w moją stronę, wyminęła mnie i podeszła do drukarki. Obserwowałem jej kolesia. Ona pilnowała, aby wszystko wydrukowało się tak, jak ma być. Po chwili odwróciła się w moją stronę i trzęsącymi się rękoma podała mi papier.
- Jerry Colins. - powiedziała, poczym w ekspresowym tempie znalazła się obok swojego chłopaka.
- Jerry Colins, Jerry Colins... - ni chuja nie mogłem sobie przypomnieć kogoś o takich danych personalnych.
- Czy... czy możesz już wyjść? - spytała blondynka.
- Słucham? - moja brew powędrowała ku górze w zdziwieniu.
- Bo... Bo zaraz przyjdzie szef i i ja, ty... my nie możemy raze tu tutaj być - wydukała.
- Posłuchaj mnie uważnie. Mogę być gdzie chcę i kiedy chcę, a twój szef tutaj nie przyjdzie. Nigdy. - zaśmiałem się prosto w jej twarz.
- Co? Dlaczego? - spytała wystraszona.
Jej dzielny chłopak nic nie mówił, tylko tępo gapił się w sufit. Frajer.
- Zabiłem go.
Dziewczyna zachłysnęła się powietrzem, zatykając swoje usta ręką.
- Nie nie zrobiłeś tego.
Po chwili usłyszeliśmy głośny huk. Wszyscy odwróciliśmy się w stronę okna z widokiem na parking. Systemy alarmowe samochodów zaczęły działać.
- Widzisz? Był i go nie ma. Szkoda, że nie zdążył nawet tutaj wejść. Teraz ja wyjdę, a wy zapomnicie o tym, co tutaj zaszło. Nigdy nikomu nie piśniecie ani słówka, bo spotka was to, co spotkało jego.
- On ci nic nie zrobił! Jak mogłeś go zabić! Ty... Ty potworze!
Nagle z niewinnej istotki obudziła się obrończyni ludzkiego prawa. Posłałem jej gniewne spojrzenie, zabrałem plik papierów i puszczając ostregawcze spojrzenie wyszedłem.
Kiedy wychodziłem z ogromnego, szklanego budynku było już całkowicie ciemno. Otworzyłem potężne drzwi i minąłem się z kolesiem, który posłał mi bardzo zdziwione spojrzenie. Oczywiście, że go nie zabiłem. To była tylko jedna z podpuch, jakich użyłem aby ich zastraszyć. Gdyby nie to, pewnie nie wzięli by sprawy na poważnie i po prostu wszystkim od razu rozpaplali to, co się tutaj wydarzyło. Wyjąłem komórkę i napisałem do dziewczyny sms o treści:
Widzisz? Jednak nie jestem takim potworem, ten frajer żyje. To była podpucha, ale kurwa pamiętaj. Jeżeli ty albo twój chłopak odezwiecie się słowem na ten temat, zmieni się ona w rzeczywistość. Do zobaczenia.
Tej cały szef, to wujek dziewczyny. Przyjechał ją odebrać, bo pewnie martwił się, że dalej siedzi w instytucie. Swoją drogą, nie jest taka głupia na jaką wygląda. Nie pisnęła słówkiem, że szef jest jej wujkiem. Martwiła się o niego bardziej niż zwykła pracownica, to było widać. Sprawdziłem wcześniej każdego, kto tutaj pracuje. Musiałem być cholernie ostrożny, bo w grę nie wchodzą pieniądze, ale... Rachel. Coś, a raczej ktoś, kto jest o wiele, wiele ważniejszy od tych papierowych gównienek. Wsiadłem do mojego samochodu, papiery odkładając na siedzenię pasażera. Otworzyłem schowek i wyjąłem z niego paczkę papierosów. Wziąłem jednego, poczym zapaliłem go, odsuwając wcześniej szybę. Oparłem głowę o wezgłowie siedzenia i próbowałem się odprężyć, jednak na marne.
Byłem zmęczony. Zmęczony tą ciągłą gonitwą, ucieczką i kłamstwami. Miałem powoli serdecznie dość tego życia, tego świata... Wiedziałem, że do niczego innego się nie nadaję. Nie chcę powiedzieć, że jestem nikim, bo nie jestem. Jedyne, czego teraz oczekuję i pragnę, to wziąć w ramiona Rachel, a potem "bawić" się z nią całą noc. Uśmiechnąłem się na samą wizję tego, co chciałbym z nią teraz robić. Otrząsnąłem się, gdyż wiedziałem, że muszę już jechać. Wpisałem w mojego gps'sa adres, aby mieć pewność, że jadę w dobrą stronę. Po chwili usłyszałem, że dzwoni mój telefon. Spojrzałem na wyświetlacz i zamarłem: HARRY STYLES.
Nie mogłem nie odebrać, bo prawdopodobnie dzwoniłby do reszty, a te cipy na pewno od razu wygadałyby mu co się stało. Jeszcze chwilę wcześniej sam chciałem to zrobić, ale teraz wiem, że nie ma to namniejszego sensu. Przesunąlem palcem po ekranie i przyłożyłem telefon do ucha.
- Malik
- No witaj przyjacielu. Dlaczego się nie odzywasz?
- Wiesz Harry jak to jest. Nie myśli się o takich rzeczach. - próbowałem zgrywać wyluzowanego.
- Gdzie jest moja zdobycz?
Zadał pytanie, którego obawiałem się najbardziej.
- No a gdzie może być? Siedzi zamknięta i przeklina cały świat za jego niesprawiedliwość.
- Dobrze... Bardzo dobrze. Za ile dni przybędziecie na Alaskę?
- Em... No wiesz... Ciężko powiedzieć. Zależy czy mała będzie sprawiała problemy, czy nie. Tak, to wszystko zależy.
- Informuj mnie na bierząco. Odzywaj się, bo mam już kurwa dość domyślania się czy żyjecie. Jasne?
- Tak, jasne szefie.
Usłyszałem dźwięk rozłączonego połączenia. Świetnie, po prostu świetnie. Musimy znaleść Rachel w najbliższym czasie, bo to nie skończy się dobrze. Harry chciał mieć ją żywą. Bałem się o to, co może zrobić, bądź chce zrobić z Rachel. Nie chciałem, aby stało się jej coś złego. Zależało mi na niej i nie chciałem już nawet samemu sobie zaprzeczać. To byłoby po prostu dziecinne. Poczułem, że gniew wzbiera się we mnie jeszcze bardziej niż wcześniej, kiedy byłem w laboratorium. Uderzyłem ręką w kierownicę. Może dla tego, że czułem się bezsilny albo po prostu byłem zmęczony. Postanowiłem nie przedłużać dłużej i przekręciłem stacyjkę. Samochód zawarczał i już po chwili jechałem drogą szybkiego ruchu z powrotem do mieszkania. Jedyne czego teraz chciałem to ciepłe łóżko, długa kąpiel i moja Rachel obok. Kiedy zaparkowałem przed blokiem, szybko zabrałem papiery, zamknąłem samochód i praktycznie biegiem ruszyłem w kierunku domu. Zaczęło padać, a nie chciałem aby dokumenty się zamoczyły. Były zbyt cenne. Przekroczyłem próg mieszkania i usłyszałem głosy dochodzące z salonu. Odwiesiłem moją skórzaną kórtkę i udałem się w tamtym kierunku.
- O, jesteś. Gdzieś ty się tyle podziewał? Już się martwiliśmy, że Ciebie też dopadli. - Niall posunął się, robiąc mi miejsce na kanapie.
- Byłem w laboratorium spadać ten niedopałek. Dość długo mi to zajęło, nie powiem, ale wreszcie mam to, co chciałem. Znam jego nazwisko.
- No dawaj, mów! - niecierpliwiła się reszta.
- Nie podniecajcie się, bo to nazwisko pewnie wiele wam nie powie. Rachel porwał Jerry. Jerry Colins.
W pokoju zapadła cisza. Każdy chciał przypomnieć sobie cokolwiek o tej osobie. Niestety, obawiałem się, że nikt nigdy nie miał z nią styczności. Zastanawiało mnie tylko to, czego on od nas chciał. Czego oczekiwał. Pieniędzy? Władzy? To wszystko było rzeczami nadrzędnymi. Czymś błahym.
- Stary, nie kojarzę kolesia. - powiedział Louis, podając mi piwo.
- Ja też go kurwa nie kojarzę. Zastanawia mnie tylko to, czego ten frajer może od niej, nas chcieć.
- Może okupu?
- Myślisz, że jest na świecie osoba, która tak ryzykowałaby życie tylko dla okupu? Nie wydaje mi się. To musi być coś grubszego. Coś, co uda mi się odkryć. Już nie długo...
_________________________________________________
Cześć! Rozdział dodaję dzisiaj, bo jutro mogę nie mieć na to czasu. Mam nadzieję, że wam się spodoba :)
Koniec roku się zbliża wielkimi krokami, a moje oceny są... jakby to powiedzieć, nie takie jakich oczekiwałam. No nic, nie można mieć wszystkiego. Ja już nie mam siły na to, naprawdę. Byle do wakacji...
Natalia ♥





